Beirut "Szalony" Marathon
Prawie skopiowałem swój „wyczyn” z Waszyngtonu. Wieczorem kolacja w restauracji w towarzystwie Księżnej Jordanii (i jeszcze jakiejś Księżniczki, tylko nie jestem pewien czego). O 5 rano wstajemy, lekkie śniadanie, kawa i do busów wiozących na start. Na miejsce trafiliśmy pół godziny przed startem (no i tu mój błąd, bo byłem pewny że 1:30 godz.). Aut na mieście prawie zero a udało się perfekcyjnie zblokować o świcie skrzyżowanie, wszyscy bardzo chcieli jechać więc pojechać nie mógł nikt (niczym nadzwyczajnym jest tu jazda pod prąd i chyba nie mają strefy płatnego parkowania bowiem auta - większość zdrowo oklepanych - stoją wszędzie, na przejściach dla pieszych też. Wracam do maratonu.
Spokojnie się szykuję, odliczam czas do przyjęcia odpowiednich odżywek, poprawiam ustawienia handbike'a, parę osób się mnie pyta czemu jeszcze nie idę na start, ja spokojnie odpowiadam że jeszcze czas. I nagle słyszę sygnał że ruszyli, podnoszę głowę aby zobaczyć kto to wystartował i widzę, że to "my"!!!! Szybko więc wsiadłem, na rower i wio nierozgrzany za nimi (straciłem na tym jednak około 2 min.) stopniowo wyprzedzam kolejnych rywali, dogoniłem Bogdana Króla, który miał kraksę i głęboką (szczęśliwie niekrwawiącą) ranę (i nie dał się zabrać na mecie do szpitala). Razem mieliśmy czasem wątpliwości gdzie jechać, bo zamiast harcerzy trasę obstawiali żołnierze z długą bronią, wiele szykan, dziwnych zakrętów, a raz nawet porozkładane kamienie, w które prawie wjechałem (bo mało widzę jadąc), ale Bogdan w porę mnie ostrzegł (dziękuję). Spotkaliśmy i Tomka Hamerlaka, który pojechał na tzw. Rypin i kompletnie się pogubił. No i tak w krajowej obsadzie dotarliśmy do mety bijąc przedstawicieli np. Francji, czy San Marino. Nie starczyło mocy (no i nie czarujmy się, nie było szans) jedynie aby dojść moich nowych kolegów z Sopur Team, którzy podzielili się miejscami na podium: Maalouf, Marklein, Lange. Potem polski skład: ja, Bogdan i Tomek. Dosłownie bezkonkurencyjne były nasze dziewczyny zajmując pierwsze i drugie miejsce: Pudlis i Pienio.
Na mecie zamieszanie maksymalne, Francuz (ale przyznał się że jego babcia to Polka, którą jego dziadek poderwał zaraz po wojnie w Berlinie) zabrał ze sobą na start (bez sensu) cały dobytek z pieniędzmi z hotelu i gdzieś to zginęło (ciekawe czy się znajdzie). Został więc wesoły Romek w startowych portkach i koszulce. W tym zamieszaniu biegło 27 tysięcy ludzi! Podczas dekoracji wypatrzył mnie kolega startujący w Zamościu, tym razem biegł już jako żołnierz ONZ (ale nie był sam bo polska grupa liczyła 16 (o ile dobrze pamiętam) osób).
W biegu na 10 km pobiegł o kulach kolega ze Startu Szczecin Tadeusz Sondej. Był to jego pierwszy (zapewnia że ostatni) start w życiu, udało mu się przetrwać. Ciekawostką hotelowej restauracji jest że kelner pogonił z lunch'u zwycięzcę maratonu (rekordzistę trasy z Etiopii) bo nie mógł się z nim dogadać z którego jest pokoju.
Strasznie mi się tu podoba, niedługo jedziemy w góry na przyjęcie, w nocy samolot do domu, a na 100% wrócę tu za rok!